Odra

       Gdyby się nagle okazało, że granice państw są nieprzewidywalnie ruchome, a obce języki doskonale wyuczalne, że kolor skóry czy kształt kości policzkowych to tylko kwestia estetyczna i że z łatwością potrafimy się odnaleźć w każdym większym mieście, w każdym hotelu tak samo, jak we właściwie każdej książce, bez względu na to, jak egzotycznie brzmi nazwisko jej autora; gdybyśmy więc za sprawę jakiegoś zamieszania zupełnie stracili poczucie kierunku, radzę przypomnieć sobie swoją rzekę.
       Nie mam pojęcia, kiedy następuje ten moment – uznania rzeki za swoją. Byś może dopełnia się on na tej samej zasadzie, na jakiej ptaki uznają za rodzica pierwszy poruszający się w zasięgu kształt, co tak wzruszająco opisali etologowie, ale równie dobrze może to być sprawa całkiem dorosłego przywiązania, które sprawia widok rzeki (z okna pokoju lub w czasie spaceru) staje się niezbędny, kojący i terapeutyczny. Sądzę, że w jakimś nie do końca poznanym procesie, taka własna rzeka zakorzenia nas w sobie, jej nurt tajemniczo zlewa się z nurtem naszych myśli i tym samym poddani.

         Zanim opowiem o swojej rzece, muszę wyjaśnić, czym jest dorzecze, to ogromne pole wpływów rzeki, z istnienia którego często nie zdajemy sobie sprawy, bowiem widać je tylko na mapie i to takiej z dużą podziałką.
         Jego kształt jest kapryśny, niesymetryczny, złożony – główna linia rzeki, a po obu jej stronach mnogość innych nieregularnych linii, jej dopływów, które mają także własne dopływy.  Ta fraktalna struktura powtarza się i mapa kapituluje w końcu przed tą nieskończoną zabawą, inaczej pogubiłaby się w szczegółach, ale my, którzy chodzimy po ziemi, wiemy, że istnieją jeszcze źródła i maleńkie strumyki. Więc na mapie dorzecze wygląda jak drzewo ze swoimi korzeniami albo jak gigantyczny nerw z setką wypustek albo jak naczynie krwionośne, do którego dochodzą mniejsze żyłki. Ten skomplikowany wzór powtarza się na liściach, zmarszczek na ludzkiej skórze, konarach drzew, pożyłkowaniu kwiatów. Jego może budzić zdumienie. Lecz kiedy stoi się na ziemi, widok z lotu ptaka nie jest do niczego przydatny – dorzecze to przecież wszystko, co jest pod stopami: każda kropla rosy, kałuża. Potoczek deszczowej wody oraz wszystkie te podziemne rzeki, które w nocy podobno nie dają spać, wszystkie małe łąkowe źródełka, które wysychają latem – one też tworzą rzekę. A także ja sama dołączam się do mojej rzeki – woda, którą piję, którą myję swoje ciało, w której piorę swoje ubrania i którą podlewam swoje kwiaty w końcu, może w postaci pojedynczych cząsteczek trafia do rzeki, czy nie mam racji?

       Kiedy byłam dzieckiem, każdy spacer prowadził nad Odrę. Szliśmy skrajem zarośli, koło domu pana K., jedynego stojącego na samym brzegu. Byłam pewna, że pan K. musi być niezwykłe odważny, skoro mieszka w takiej bliskości rzeki. Nosił kapelusz z piórkiem i zielony, pełen kieszeni strój myśliwego. Kilka razy widziałam przewieszoną przez ramię strzelbę i odtąd miałam go za  potężnego Strażnika Rzeki, kogoś, kto pozwala nam przejść przez niewidzialną bramę i w końcu dostąpić, jak nagrody, widoku Odry. 
      Kiedy zbliżaliśmy się wreszcie wszyscy do ostatniego wału, nie mogłam już znieść powolności dorosłych i biegłam przodem. Słyszałam już ten mroczny, nerwowy pomruk rzeki. Mama krzyczała za mną, w końcu doganiała mnie i chwytała żelaznym chwytem za rękę. Ale przecież ja też bałam się tej skłębionej, metalicznej wody, nagle rozciągniętej przed nami jak połyskliwy srebrny szal, jak cud w środku pól.  Była ogromna – drugi brzeg majaczył gdzieś w dali, obcy, niepojęty, jakby był już zupełnie innym światem. Do najbliższego mostu w Cigacicach jechało się kilkadziesiąt kilometrów, więc Odra wydawała mi się wtedy nieprzekraczalna.
 
      Odra miewała zawsze różne humory – od ciemnej zieleni aż po antracytową czerń. Jej nurt był pospieszny i gorączkowy, kłębił się, jakby gotowała się od środka. Wlokła na swoim grzbiecie konary gałęzi, którymi rzucała o brzeg.  Potrafiła być silna jak juczne zwierzę, które wprawdzie samo nie ma konkretnego kształtu, lecz potrafi stać się każdą istotą, jaką zapragnie. W słoneczne dnie dawała się oswoić ludziom – niosła barki z węglem, albo pchała do przodu tratwy pełne drzewa, ale już  przy brzegach histerycznie skręcała się w wiry, które więziły płynące gałęzie w opętanym, kolistym tańcu. Wystarczał jeden rzut oka na mordercze skręty wody, żeby zakręciło się nam wszystkim w głowie i żebyśmy powoli, nie dając po sobie poznać strachu,  zaczęli się  wycofywać.

       Odra miała starszą siostrę. Takie siostry biorą się ze zmiany nurtu rzeki, kiedy meander oddziela się od głównego koryta. Tak mi wyjaśnił tato. Był to dla mnie niewątpliwy dowód, że Odra jest żywą istotą. Czy nie zmieniała skóry jak wąż? Czy nie liniała jak zwierze zostawiając swoje stare niepotrzebne zakręty na pastwę trzcin i wodorostów? Czasami wędrowałam tu z ojcem po jakieś rośliny do jego akwariów, ale uciekaliśmy szybko, bo było to królestwo komarów.  Scieżki robiły się tutaj niewyraźne i stromo kręciły między zwalonymi pniami drzew, bluszcz obrastał drzewa i zwisał pionowo z gałęzi, jakbyśmy się znaleźli w prawdziwej dżungli. Skarlałe wały przepuszczały wodę – tworzyły się z tego małe jeziorka, płytkie stawy zielone od gęstych od rzęsy. Pachniało wilgocią i gniciem. Stara Odra nie przypominała już rzeki, zatrzymała się, zamyśliła. Porosły ją rośliny, a wieczorami parowała wyczerpana, unosząc w powietrze te wszystkie swoje cierpko-wilgotne zapachy. Tak zrozumiałam wtedy starość – to ustanie w ruchu i spokojne niewyobrażalne bogactwo. Była wejściem do innego świata, w gęstą i wilgotną baśń. Tu mogła zakwitnąć paproć, a białe grążele zamieniały się nocą w księżniczki.  Marzyłam, żeby móc kiedykolwiek dotknąć tych tłustych kwiatów, które wyglądały z brzegu, jakby je wytopiono z białego wosku. Były jednak za daleko od brzegu. Próbowałam stopą wytrzymałości wielkich pływających liści; uginały się niebezpiecznie – tak, byłam gotowa przejść po nich na sam środek, żeby zerwać taki kwiat.
       Nad brzegiem starej Odry widywałam zielone rzekotki siedzące na pływających liściach. Miały tak doskonały kształt, że wydawały mi się wyrzeźbione z zielnego kamienia. Rzekotki to były broszki, których starsza pani Odra  przystrajała się popołudniami. Albo ważki – latająca biżuteria. Ruch zaskrońca w wodzie, równy, harmonijny. Doskonale okrągłe koła na powierzchni, gdy wrzuciło się tam patyk. Plamy słońca, drżące, zmienne niczym odblask kolorowych szkiełek pierścionków. Cisza nabrzmiała od szelestów, pisków i zgrzytów, które dochodziły z traw, z koron drzew, zewsząd. Zółte próchno starych przewróconych konarów. Zuki z geometrycznymi rysunkami na pancerzach, które musiały na pewno coś znaczyć, ale nie wiedzieliśmy co.
        Odra była nie tylko ogromną żywą istotą, ale i potężnym słowem. Kiedyś zachorowałam na odrę. Do tej pory nie wiem, dlaczego ta powszechna dziecięca choroba nazywa się „odra”. Gorączka, majaczenia, zabierały mnie w urywany wielowymiarowy sen pełen niejasnej wiedzy, że choruję na rzekę. Niosły mnie jak małą papierową łódeczkę, kołysząc na wszystkie strony, prąc w rozcapierzone kierunki, obijając o szorstkie krawędzie nocnych godzin. Majaki otwierały tylko dla mnie bezbrzeżne przestrzenie, dalekie horyzonty, niskie fioletowe nieba, puste i brzęczące monotonnie. Ból głowy zmieniał się w monotonny huk zawieszony jak kropla nad tym światem bez wymiarów. Wstawałam wtedy z łóżka oszołomiona, przepychałam się przez euklidesowy gąszcz wizji szukając wody. Błądziłam po domu, który nagle rozrastał się pod moimi krokami i kran z wodą oddalał się, jakby prawami przestrzeni rządziła odwrócona luneta. Wędrowałam do okien, obmacywałam kaloryfery znajdując w ich cieple wysuszone pustynie, rozgrzane kaniony skalistych gór, fatamorgana kranu zastygała na uchwytach szaf, na klamkach drzwi – manipulowałam przy nich wierząc, że są wszelkimi możliwymi pompami, studniami, kurkami, że ignorując złudzenie dotrę do płonących źródeł mojego pragnienia , i ugaszę je jednym potężnym haustem. Nigdy nie nasycone gorączkowe pragnienie.  Myślałam, że choruję na  tę milczącą potężną rzekę, która przyzywa mnie w ciemnościach, obiecując ostateczne ugaszenie pragnienia. Sądziłam, że to dlatego w dzień zasłaniano w pokoju okna – moi rodzice musieli się bać, iż którejś nocy ten zew wody wyprowadzi mnie z domu i ruszę labiryntami nocnego parku  wprost w jej lodowate kojące objęcia. 
 
        W Odrze utopiła się dziewczyna ze wsi. Pamiętam, że żołnierze z wielkim reflektorami przeszukiwali przyrzeczne zarośla. Swiatło ślizgało się po powierzchni i próbowało przeniknąć nocne wzburzone wody.
        Jej ciało odnalazło się dopiero później pod mostem w Cigacicach, kilkadziesiąt kilometrów dalej. Nikt nie wiedział, co rzeka wyczyniała z dziewczyną przez ten czas. Pełna lęku wyobrażałam sobie  te dni i noce spędzone w wodzie, bez słów i obrazów, w jakimś sennym tańcu, któremu  rzeka poddała bezbronne ciało dziewczyny. Topielica. Czego się wtedy dowiedziała, co zobaczyła? Jak nurt rzeki wygląda w ciemnościach? Jak od spodu widać słońce? Nie znałam tej nocnej wodnej tancerki i  nie współczułam jej – podziwiałam ją. Tak, jakby wybrała się na tańce, a potem pozwoliła się odnaleźć, zmęczona przygodą. Potem podsłuchałam rozmowę dorosłych – mówili że jej ciało było zmienione, spuchnięte, trudne do rozpoznania. Ze rysy jej twarzy rozmazały się w tej wodnej podróży pod cigacicki most. Miałam więc rację - Odra była żywą istotą, która nie szanuje ludzkich praw, była potężną roztargnioną siłą, której nie doświadczamy na co dzień, lecz tylko dlatego, że jest zajęta czym innym i ignoruje nas.

         Odra wylewała, ale nie pamiętam żadnej gwałtowności powodzi:  woda pojawiała się rankiem na łąkach i powoli posuwała się do parku. Po południu zalewała inspekty mojego ojca i podchodziła na podwórko leniwymi kałużami. Robiła to spokojnie, jakby zachęcała ludzi do zabawy, do brodzenia po podmokłych łąkach po kolana w ciepłej wodzie, do zmiany nudnego rozkładu dnia, do wyciągnięcia z piwnic spróchniałych łodzi. Dla jakiejś rozrywki żołnierzy i do zabawy we wznoszenie budowli z piasku uwięzionego w worki. Od rzeki dzieliły nas szereg wałów, które wiły się spokojnie po polach. Do czasu tej powodzi sądziłam, że wały są naturalnym tworem przyrody – każda rzeka musi mieć taki lądowy szal. Powódź uświadomiła mi, co w istocie znaczy istnienie dwóch szeregów wałów. Znaczyło to, że potęga Odry jest jeszcze większa niż przypuszczałam. Ze Odra, gdyby tylko chciała, mogłaby podejść pod samą wieś, pod drzwi kościoła i wlać się na przystanek, zatopić stawy.  Albo nawet wejść przez okna do domu i zamienić mieszkanie w coś trudnego do wyobrażenia, czego nie dałoby się zobaczyć, a mnie samą porwać, jak tę dziewczynę. 

        Widziałam Odrę w latem 68 roku. Najpierw z podwórka obserwowaliśmy jak drogą w jej kierunku ciągną potężne czołgi i wszyscy dorośli mówili z niepokojem, że będzie wojna. Wzięłam swój mały dziecinny rowerek i pojechałam w ślad za czołgami. Zostawiały po sobie smugi żółtego kurzu i głębokie koleiny, na których mój rowerek przewracał się. Gdy dotarłam na wały, zobaczyłam rzekę spiętą nieprawdopodobną klamrą – pontonowym mostem, po którym ostatnie maszyny kołysząc się bezpiecznie przejeżdżały na drugi brzeg. Był to nieprzyjemny widok – Odra wydawała mi się sprofanowana, zaprzęgnięta tym pontonowym mostem do pracy, wzięta za uzdę niczym koń. Przekrojona na pół trzepotała się w słońcu jak ryba. Nie mogłam zrozumieć, że wielkie ciężkie metalowe maszyny z taką łatwością jadą po wodzie. W mojej obecności odbywał się jakiś niemoralny,  przykry cud. Ilekroć potem tam przychodziłam, bałam się, że zobaczę czołgi znowu, że tak przykry moment może być powtarzalny, więc  jeżeli będzie się miało pecha, ujrzy się je znów sunące w poprzek nurtu tak samo niezrozumiale, jak topiki które potrafią wędrować po wodzie, wbrew wszelkim prawom świata utrzymując się na powierzchni, choć przecież nie powinny.

       Mówi się, że nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki – przez co popełnia się niewybaczalny błąd – bowiem myli się rzekę z wodą, która niesie. A przecież jest to tak samo, jakby myliło się taniec z tancerką.
      Można wejść do tej samej rzeki - jak najbardziej - nawet jeżeli brzegi zarosły trzciną, a gdzieś przy brzegu pojawiła się nieoczekiwana mielizna. To właśnie rzeki są jednymi z rzadkich niezmiennych zjawisk na świecie,  i w czasie,  i w przestrzeni. Czuję wyraźnie, że to tę samą rzekę mam w pamięci i tę samą widuję teraz.  Nie czas i przestrzeń rządzą rzeką, ale ona nimi – ustala kojącą ciągłość, utrzymuje cała krainę w stałym bezpiecznym miejscu.
     Więc gdybyśmy kiedyś z jakichś powodów stracili poczucie kierunków, pomyślmy o własnej rzece.