Dwanaście obrazków z Wałbrzycha, Nowej Rudy
i okolic.

Widokówka
Istnieje prosta estetyka- piękne jest to, co czyste jasne, uporządkowane i gładkie. Piękne są miasta gładko wybrukowane, jasno otynkowane o rynkach wysztafirowanych klombami jaskrawych kwiatów. Takie robi się widokówki- oko syci się powierzchownym ładem. Nikt nie robi widokówek z przepełnionych śmietników, szczerbatego bruku, opustoszałych kopalni, hałd porosłych brzozami, żwirowni, zniszczonych lasów w Karkonoszach, szarych domków z plamami wilgoci na ścianach, z ubłoconych butów. Jak łatwo zgadnąć- takie widoki są brzydkie.
Wałbrzych, Nowa Ruda i okolice są więc brzydkie. Zwłaszcza wczesną wiosną, gdy wieją zachodnie wiatry i ciągną gdzieś znad Europy niskie ciemne chmury. Dni są ciemne i wietrzne. Ziemia wiecznie mokra. Tynki szare i brudne, ulice rozkopane. Góry przybierają szaropłową barwę, którą może ożywić słońce, jeżeli w ogóle się pojawi. Ludzie piją, śpią i składają się w ofierze telewizorom. Tak to wygląda. Nie nadaje się na widokówkę.

Horyzonty
Rozpoznaję w sobie to uczucie, kiedy jadę skądś samochodem i nagle zaczynam się czuć u siebie. Długo nie potrafiłam znaleźć przyczyny tego uczucia w krajobrazie, aż w końcu skojarzyłam- to wyższy horyzont. Na równinach więcej jest nieba, ziemi mniej, horyzont wydaje się niższy. Za Wrocławiem pojawiają się góry na widnokręgu i potem z każdym kilometrem niezauważalnie rosną. Robi się ciemniej, ziemia rozrasta się, a niebo maleje. Drzwiami tej przemiany jest Masyw Ślęży.
Żyjemy tutaj w świecie ciemniejszym, bardziej chłodnym. Zima trwa dłużej, a wiosna przychodzi później. W okna naszych domów wpada mniej światła, dłużej trwa noc, sen intensywniej wypełnia życie. Mój dom stoi w dolinie, noce są więc dłuższe, dni krótsze. Ale mogę spowalniać czas wychodząc za słońcem przełęcz.

Meble
Czyje są meble w moim mieszkaniu? Może formalnie są moje, ale przecież w żaden sposób do mnie nie należą. Nie dotykały ich ręce mojej babci ani żadnych ludzi, którzy mieliby mnie w potencji, w swojej krwi. Nie odziedziczyłam szafy ani biurka, na którym piszę, ani stołu, na którym jem. Gdy tu przyszłam, one były.
W normalnych, zwyczajnych światach to meble są w ruchu, przechodzą z rąk do rąk, są kupowane, sprzedawane, nawet nazywają się ruchomościami. Tutaj jest odwrotnie- meble rosną wraz z domami, są. Widzimy je, jakby zawsze tu były. Zmieniają się ludzie, przychodzą, odchodzą. To my należymy do tych potężnych, ciemnych mebli, do ciekawskich luster, które wiele już w życiu widziały, do obojętnych na czas etażerek.

Poziomy i piony
Mój przyjaciel zatrzymuje samochód gdzieś w okolicach Łodzi, bo chce zrobić siku. Wychodzi na pobocze drogi i widzi przed sobą płaską, ogromną przestrzeń, widzi lasy, wsie, kościoły. Czuje się obnażony i zawstydzony, wystawiony na widok całego świata. Nawet nie potrafi się załatwić.
To jest cecha ludzi z gór- rodzaj agorafobii. Jednocześnie jest to przywiązanie do kluczenia i chowania się. Wałbrzych jest miastem, gdzie nie można chodzić na skróty. Leży w dolinach górskich, wzdłuż biegu rzek i rzeczek, kluczy między wzgórzami. Pójść na skróty, znaczyłoby wspiąć się na górę i potem z niej zejść. Trzeba by było przedzierać się porośniętymi zboczami, zdobywać szczyty i zaraz je porzucać na rzecz dolin. Z jakichś względów miasta lubią doliny, zbocza górskie pozostawiają cmentarzom. Nigdzie zmarli nie mają tak pięknych widoków jak w Wałbrzychu i Nowej Rudzie.

Rzeczy
            Człowiek jest taką samą rzeczą jak inne ożywione rzeczy, jak sery, jak wina, grzyby. To, co nosi w sobie, mówi mu, czym się stanie w przyszłości, ale to, co go otacza na zewnątrz, czym oddycha, co sam zjada, sprawia, jaki będzie, określa jego cechy szczególne.
Czy istnieje związek między kolorem ziemi, na której się żyje albo zabarwieniem myśli, snów i uczuć? Czy kiedykolwiek zbadano zależność między rodzajem gleby, ukształtowanie terenu, smakiem wody w rzekach a życiem wewnętrznym ludzi?

Centrala
Centrala- tak tutaj ludzie mówią o Polsce. Centrala to Kraków, Warszawa, Zakopane, kraj na wschód od jakiejś niejasnej rozmytej już linii, która kiedyś dzieliła Europę na zapomniane już państwa.
Jeżeli istnieje Centrala, to znaczy, że tutaj jest tylko filia, przedstawicielstwo, rubieże, frontiera, peryferie. Że zostałam zesłana albo sama się zesłałam na te końce świata i być może kresem mojego życia będzie jakiś powrót. Ale tak mówią tylko starsi, tylko ci, którzy pamiętają transporty na Zachód, pociągi pełne ludzi i zwierząt jadących w końcu w nieznane, którzy pamiętają puste miasta, domy z oknami otwartymi na przestrzał, pokojami, w których ktoś nie zdążył pościelić łóżek. Stoły, na których stały talerze z zupą, ciepłe czajniki na blacie kuchennym, książki wypełnione milczącymi obcymi słowami, nieznane kwiaty w ogrodach, zdziwione koty, które przecież przywiązują się zawsze tylko do miejsc. To wciąż widzą jeszcze starsi. Ale młodsi tę obcość biorą już jako swoją własną. Każdy świat jest w końcu człowiekowi obcy. Każdy świat trzeba zdobywać od początku i oswajać go od początku, bez względu na to, czy to samo robiła babka i prababka. Niemieckie napisy są właściwością murów, może rosły razem z nimi. Może istnieją pod każdym tynkiem. Albo smukłe tuje, które wyrastają nagle wśród świerków, na granicy lasów i pól. Albo studnie w zaroślach- to po nich można domyślić się, że tutaj kiedyś stał dom.

Dom
Ludzie nigdy nie szanowali tutaj domów. Wprowadzili się po prostu i mieszkali. Nigdy do nich nie należały. Podwójnie nie należały, bo najpierw zbudowali je obcy, a potem wzięła je w posiadanie komuna i pożyczyła tylko ludziom na jakiś czas. Więc odpadały tynki, wypaczały się okna, zdzierały podłogi. Na wsiach koło Nowej Rudy ludzie używali domów, aż te zaczynały się walić. Wtedy gmina dawała im następne. Ludzie jednego dnia przenosili swój dobytek na drugą stronę strumienia albo drogi i żyli dalej. Zimą zawalały się dachy i podłogi zasypywał śnieg. Czy słowo "gwałt" jest zastrzeżone tylko do istoty żywej? Czy można powiedzieć, że zgwałcony został przedmiot- stare pianino, w które wali się tak długo, aż odlecą klawisze albo szafa porąbana na opał, albo dom opuszczony jesienią, gdy pierwsze deszcze zaczynają przeciekać przez dachówki, albo czereśniowe drzewa, którym obłamuje się gałęzie, żeby się dobrać do owoców?

Ludzie
Ziemie niczyje, te, przez które maszerowały wojska, o które wybuchały wojny, które zmieniały języki, które gmatwały granice, które witały przybyszów, przybyszów potem żegnały wypędzonych albo odwrotnie- takie ziemie rodzą ludzi wolnych. Wszelkie przywiązanie staje się chwilowe, wszelki czas staje się chwilowy. Istnieje tylko to, co jest poza.
Jakub Boehme, Kaspar Schwenkweld, Anioł Ślązak i ten anonimowy lekarz, który podpisywał się Silesius, non Polonus, non Germanu.

Pałac
W Krajnowie stał Pałac. Miał szerokie schody z lwami po bokach. Otaczały go limby, tuje, ginkogiloby, kanadyjskie sosny. Jechało się do niego od kościoła w prawo, przez mostek, przez bramę. Najpierw zrobiono w nim szkołę. Jego kawałki zostały w szufladach ze zdjęciami: dzieci stoją na schodach, klasa siódma z wychowawczynią; po bokach kamienne lwy. Potem w latach siedemdziesiątych, uznano, ze Pałac zamieni się w Dom Wypoczynkowy albo Ośrodek Szkoleniowy, albo coś w tym rodzaju. I dla tych idących w przyszłość zamierzeń Pałac okazał się za mały, zbyt nie pozorny, więc dobudowano piętro. Nie jedno piętro, ale dwa. Zanim położono dach, nowe piętra się zawaliły. Co powodowało człowiekiem, który kazał wysadzić cały Pałac? Pewnie złość. Nie zostały nawet schody ani dwa kamienne lwy. Ludzie ze wsi rozebrali gruzy i pobudowali sobie obórki i ganki. Między tujami i sosnami zostało puste miejsce, płaskie jak stół.

Czas
            Zdarza mi się, że widzę czas. Widzę go jako na wpół przezroczyste warstwy pełne obrazów, które nakładają się na siebie, mieszają, zlewają. Wiem, że mogłabym je zobaczyć osobno, ale musiałabym umieć niewyobrażalnie skupić się. A nie umiem. Więc widzę czas, jakby był książką, której kartkami poruszają chaotycznie czyjeś palce. Widzę pojedyncze litery, słowa, czasem uda mi się chwycić całe zdanie, ale nadal nie pojmuję całego sensu, nie wiem, o czym jest ta książka.
Pamiętam, że gdy byłam dzieckiem tak widziałam Odrę. Szłam do niej przez pola, mijałam trzy sznury wałów ochronnych i wreszcie ją znajdowałam. Nigdy nie była taka sama. Zawsze przeprawiały się przez nią jakieś wojska, płynęły łodzie, barki, kąpały się jakieś kobiety, szemrały różne języki. Nie wiem, czy te obrazy płynęły z mojej wyobraźni czy z rzeki.
Tutaj w górach brakuje mi tej wielkiej potężnej rzeki. Dobrze, że mogę ją spotkać we Wrocławiu. Miasta potrzebują rzek i wcale nie chodzi o wodę, chodzi o czas.
Koło swojego domu mam rzekę in statu nascendi- to Marcowski Potok. Truben Wasser. Jest szeroki miejscami na metr, a długi na osiem kilometrów. Pojawia się spod ziemi na trawiastym zboczu nad Krajnowem i znika w nurcie Ścinawki. Kiedyś stały na nim młyny. Wieczorami, gdy jest zupełnie ciemno, słychać jeszcze, jak pracują. Po prostu słychać ten charakterystyczny dźwięk- chlupot wody i trzeszczenie drewnianych osi.
Nie wiem, jak to się dzieje, że woda zatrzymuje w sobie czas.

Skarby
Wszyscy mamy tutaj obsesję skarbów. Że nasze pomidory rosną na skrzyniach z porcelaną, że w ścianach śpią wciąż skrytki pełne starych ksiąg, dokumentów i złotych zegarków, a w wyschniętych, zawalonych studniach leżą srebrne zastawy. Kupujemy od Rosjan wykrywacze metali i chodzimy z nimi po polach i ruinach domów. Gdy mężczyźni spotykają się przed sklepem i piją piwo, zawsze prędzej czy później pojawia się temat skarbów. Ktoś znowu widział samochód na niemieckich rejestracjach stojący przy drodze, a potem w swoim sadzie, pod drzewem znalazł rozkopaną dziurę. "Ach, dlaczego nie przyszło mi do głowy, żeby tam kopać?" mówią.
Co za niezwykłe uczucie- mieć ziemię, która rodzi skarby, jak pieczarki.

Ruiny
Spacer po wzgórzach wokół mojego domu to spacer po ruinach. W dwudziestych latach stało tutaj 20 domów, zostały cztery. Ruiny są wszędzie, nie tylko na polach i w zagajnikach. Jesienią, podczas wyprawy na grzyby, znajduje się resztki fundamentów, kamienne prostokąty, pozostałości ścian wrośnięte w ziemię, zaskakująco kolorowe kafle, sklepienia piwnic, w których zamieszkały lisy. Ruiny są także w miastach i wsiach. Wciąż jeszcze mieszkają w nich ludzie. Tynkują je na biało i ozdabiają magicznymi okręgami anten satelitarnych. Wtedy myślę, że żyjemy na ruinach jakiejś cywilizacji, która odchodzi. Że tak jest na całym świecie, tylko tutaj lepiej to widać. A potem myślę, że to bardzo ludzki punkt widzenia, zresztą na inny mnie nie stać- czas, cywilizacje, historia. Co to kogo obchodzi.
Lecz gdyby spojrzeć na świat oczami ziemi, to jak on by wtedy wyglądał? Domy widziane od fundamentów, drzewa od korzeni, ludzie od stóp. Jak wtedy wyglądałaby ta cała historia? Tupanie, zawracanie, błądzenie, przemijanie, przychodzenie i odchodzenie. To dlatego ziemia połyka niezamieszkałe domy. Wtedy kamień wraca tam, skąd się wziął, tak samo jak drewno, cegła, stal. Ziemia jest wielkim uśpionym zwierzęciem. Żyje w czasie, którego nie rozumiemy.