Ukryte sygnały historii
Krzysztof Masłoń

Tak się tworzy mitologię, a bez mitów historia jest płaska, trywialna, nieciekawa. Najpierw mitologizuje się dom, potem ziemię, okolicę, a wreszcie świat cały. I swoje własne życie.
Żeby poznać świat, wcale nie trzeba wychodzić z domu- Twierdzi Marta, najważniejsza postać „Domu dziennego, domu nocnego” Olgi Tokarczuk.
Co widać z okna domu? Ot, choćby lisa. Po wschodzie słońca pojawia się na zboczu, a z powrotem wraca wraz z rozpoczęciem „Teleexpresu”. Według jego wędrówek można regulować zegarki. Dwukrotnie w ciągu dnia lis przekracza granicę: polsko-czeską. Czego strzegą granicznicy? Może malin, wyjątkowo w tym miejscu dorodnych, bo nie zrywanych. Lisa maliny nie interesują.
Czasem jednak trafia się pilnującym granicy pilna, a nie spodziewana robota. Dostarczył jej, na przykład, Peter Dietek, który z żoną Eriką zjechał tu- do swego górskiego Heimatu, z dalekiego, portowego miasta. Przemknęli przez Wrocław, Karpacz, Szklarską Porębę, by dotrzeć do najważniejszych w tej wyprawie- gór. Erika nie miała sił na wspinaczkę, Petera Dietera nic nie było w stanie zatrzymać: „Wszystkie góry na świecie porównywał zawsze z tymi górami i żadne nie wydały mu się tak piękne. Albo były za duże, za potężne, albo zbyt niepozorne. Albo zbyt dzikie, ciemne, porośnięte lasami jak Schwarzwald, albo zbyt oswojone, udomowione, oswojone, jasne jak Pireneje”. Na szczycie zmarł; jedną nogą w Czechach, drugą w Polsce. Czescy granicznicy przenieśli ciało zmarłego na polską stronę, pół godziny później nasi wopiści odnieśli je z powrotem. Jak długo trwało to przerzucanie Petera Dietera przez granicę?

Po wędrówce ludów
„Kim był ten facet, który nocami zmieniał niemieckie imiona przestrzeni na polskie? Czasami miał przebłyski poetyckiego geniuszu, czasem strasznego słowotwórczego kaca. Nazywał od początku, stwarzał ten górzysty nierówny świat. Z Vogelsbergu zrobił jakąś Nierodę, Gotschenberg przechrzcił patriotycznie na Polską Górę, z melancholii Fluchtu została mu banalna Rędzina, ale za to Magdal-Felsen zanienił na Bógdał. Dlaczego Kirchberg stał się Cerekwicą, a Pfeifferberg Świstakiem, tego się nigdy nie domyślimy.”
Mamy koniec wieku; odległą historią jawi się czas wędrówki ludów, którą przywykliśmy już postrzegać poprzez „Samych swoich”- na wesoło, bo i ileż lat można płakać po ziemi najmilszej, rodzonej? A tutaj „nie było żadnego państwa, władza dopiero śniła się sobie i pojawiała się nagle w nocy na peronach miasteczka, gdzie kazano im wysiadać”. Zresztą, cóż to była za władza? „To był człowiek w oficerkach, do którego wszyscy mówili „szefie””.
Pamięć o tym, co zostawiliśmy na wschodzie, zastępuje ciekawość tego, co zastaliśmy na zachodzie. Co się stało z tymi, którzy żyli tu wcześniej, budowali domy, płodzili dzieci, chodzili do kirchy? Niektórzy uciekli stąd w popłochu, jak Goetzenowie, którzy od wieków rodzili się w pałacu, dorastali w swoich parkach i ogrodach, hodowali róże, starzeli się pogodnie i zdrowo, umierali pięknie i łagodnie. Nie wszyscy zdążyli uciec; tych wkrótce wywieziono, jeszcze inni wyjechali poźniej, już z własnej woli. Teraz wracają. Czasem tylko po to, by zobaczyć dom stawiany własnymi rękami, czy wspiąć się na górę- jak Peter Dieter.

Na przekór cukierkom
„Było nam niezręcznie, gdy chcieli wcisnąć nam w dłoń kilka marek. Baliśmy się, że wyglądamy jak barbarzyńcy w tych naszych wiecznych remontach, z tynkiem obsypującym się na ziemię, z przegniłym stopniem schodów. Gdziekolwiek szli, zawsze w końcu znajdowali się pod sklepem, gdzie czekały na nich małe dzieci i wyciągały ręce po cukierka. To niektórych oburzało i zawsze robiło się trochę nieprzyjemnie. W ciągu kilku minut, gdy Niemcy rozdawali cukierki koło sklepu, wibrowało coś nad naszymi głowami coś patriotycznego, robiło się biało-czerwono, jakby w powietrzu uniosła się zetlała do konsystencji gazy narodowa flaga i nawet czuliśmy się wtedy, na przekór tym cukierkom, Polakami”.
Na tym pograniczu polsko-czesko-niemieckim historia przypomina o sobie w nieoczekiwany sposób i przekazuje ukryte sygnały. W jakim planie mieści się pasjonująca historia świętej Troski, Kummernis z Schonau; historia spisana przez mnich Paschalisa w klasztorze benedyktynek w Kloster. Dzieje tej przedziwnej świętej z brodą (!) splatają się z osobistą historią owego mnicha, który bardzo pragnął zostać kobietą.
A skąd wzięły się noże Solingen? Ano z Nowej Rudy, a właściwie z Nowego Wyrębu, który założył Tunczil Messerschmiedem zwany. Był nożownikiem, jednym z tych, którzy wierzyli, że dusza to nóż wbity w ciało. Śpiewali więc swe psalmy i robili noże. „Wiele setek lat potem pewien profesor noworudzkiego gimnazjum złożył do Rady Miejskiej pismo z propozycją postawienia pomnika Założycielowi, ale ponieważ cała ta historia, jak i spora część historii miasta działa się w innym języku, petycja została zignorowana i wszystko rozeszło się po kościach.”
Potrawy z grzybów
Życie toczy się tu wolno, choć dramatów nie brakuje. A to Marek Marek się powiesi, to szefowa działu kredytów Banku Spółdzielczego Spółdzielczego Nowej Rudzie zrozumie, że pierwszy raz jest „totalnie, wszechmocnie i bezwarunkowo kochana”, to znów psy Bobola ujawnią skrywaną agresję, czy powódź przyjdzie taka, jakiej nawet Marta nie pamięta. A Marta widziała wiele.
Są jednak rzeczy, o których nie śniło się największym filozofom. Parobek Bobola- Bronek Sum był wcześniej Ergo Sumem, synem Wincentego Suma, wiejskiego nauczyciela spod Borysławia. We Lwowie studiował historię i literaturę klasyczną. Miał 24 lata, gdy go wywieźli pod Workuję. Do Polski wrócił z wojskiem, przez Lenino. Zamieszkał w Nowej Rudzie, uczył historii w miejscowym gimnazjum. Do czasu jednak, trafił bowiem u Platona na zdanie: „Kto skosztował ludzkich wnętrzności, ten musi stać się wilkiem”. I już nie mógł żyć tak jak dawniej, bo nie pozwalała na to pamięć głodu, jaki przetrwał pod Workują.
Lektura Platona bywa niebezpieczna, Wergiliusza- zbyteczna: „Nikt w promieniu stu kilometrów nie rozumiał Wergiliusza, nikt do niego nie tęsknił. Do niczego nie był potrzebny. Wokół żyli ludzie, których książki nie odkryły, którzy zawsze mając przed sobą ich stos, a w nim Platona, Ajschylosa, Kanta, znajdowali w nim jakimś cudem „Poradnik grzybiarza” albo „Sto przepisów na potrawy z ziemniaków””.
W swym „Dniu dziennym, dniu nocnym” Olga Tokarczuk też poleca czytelnikom kilka interesujących przepisów kulinarnych, oczywiście, z grzybów. Lepiej jednak zachować ostrożność wobec jej receptur na: Krokiety z flammuliny, borowika ponurego ponurego śmietanie, tort z muchomora czerwonego czy słodki deser z purchawek.
Na osi świata
Olga Tokarczuk pisze o tym, że każdy z nas ma dwa domy:
„Jeden konkretny, umiejscowiony w czasie i przestrzeni; drugi- nieskończony, bez adresu, bez szans na umiejscowienie w architektonicznych planach. I że w obu żyjemy równocześnie”. Autorka „Prawieku” i tym razem znów opowiada o ludziach osadzonych w historii, która jest dana jednym, a odebrana drugim. Jest to historia nasza, wspólna, o ile zadamy sobie ten trud, by zrozumieć, że granice tworzymy w sobie- sami, choć jesteśmy różni, podobni do ziemi, na jakiej żyjemy. Tak przynajmniej twierdzi Marta z „Domu dziennego, domu nocnego”.
Oldze Tokarczuk miano niekiedy niekiedy za złe, że swoje książki pisze pod odbiorcę niemieckiego. Zarzut ten formułowano wprawdzie nie wprost, a między wierszami, ale zawsze… Tym większą mam ochotę, by przeczytać równie dobrą powieść o naszych Ziemiach Utraconych autorstwa jakiegoś młodego pisarza ukraińskiego bądź litewskiego. Marzy mi się, by ten ktoś zechciał wniknąć w Polskę, nasze legendy, przesądy, obyczaje. Żeby zainteresował się tymi, którzy zbudowali ten dom, w którym dziś mieszka. Bo bez przerwy coś się rodzi, coś powstaje, albo bodaj ważniejsze jest ratowanie tego, co zastaliśmy wraz ze swoim przyjściem na ziemię, wszystko jedno czy w okolicach Kłodzka czy na Wołyniu. Żyjemy wszak wszyscy na osi świata, którą- czytamy w „Domu dziennym, domu nocnym”- „są powtarzalne konfiguracje chwil, ruchów i gestów”.

Plus Minus
20-21.02.1999