Czas Olgi
Kinga Dunin
Olga TOKARCZUK zmienia się, każda jej kolejna książka jest krokiem naprzód, a może raczej w głąb. W każdym razie po czterech powieściach można chyba pokusić się o prześledzenie drogi, którą przebyła, a nawet przewidzieć, co będzie dalej. Zadanie to okazuje się jednak dla mnie dosyć trudne, i to z najbardziej prozaicznego powodu, nagle bowiem odkrywam, że poza najnowszą powieścią „Dom dzienny, dom nocny” nie mogę znaleźć na półce żadnej z wcześniejszych książek autorki. A przecież wszystkie miałam, pamiętam dokładnie, gdzie stały! Jako osoba przyziemna i niepoprawna racjonalistka nie chcę upatrywać w tym nagle żadnych tajemnych znaków, ostrzeżenia: nie bierz się za to! Wypada więc spojrzeć w oczy nieprzyjemnej- przynajmniej dla mnie, bo dla autorki chyba pochlebnej- prawdzie: wszystkie książki Olgi Tokarczuk zostały wypożyczone, w większości zapewne bez większej nadziei na odzyskanie ich. Pierwsze wydanie Ludzi księgi, które mało kto ma, bo nikt się jeszcze nie spodziewał, że jest zwiastunem jednej z bardziej błyskotliwych literackich karier ostatnich lat; E.E., nie przepadam za tą powieścią, ale też szkoda; Prawiek i inne czasy, który przyniósł autorce „NIKE czytelników”; zbiór opowiadań Szafa, sama to komuś ukradłam- wszystko gdzieś przepadło. A przecież obok stoi tyle innych książek polskich autorek i autorów, dlaczego nikt ich nie wyniósł? Choćby na przykład tych trzech stojących tuż obok. Trudno o lepszy dowód na to, że książki Olgi Tokarczuk są czytane i chociażby to stanowi o ich wartości. Oznacza to jednak, że przegląd jej dokonań muszę przeprowadzić w głowie, posługując się jedynie, zawodną być może pamięcią. Ale i taka sytuacja ma swoje zalety. To, co pozostało po lekturze i odległej w czasie już nieco zapomnianej- odsączone przez pamięć wisienki z kompotu- jest może, najważniejsze, albo też jest sprawdzianem ostatecznego sensu książek.
Zatem pierwsza, Podróż... dzieje się w XVII-wiecznej Francji. Kawalerowie, kurtyzany i służący-prostaczek przemierzają niespokojny kraj, aby odnaleźć Księgę Wszelkiej Mądrości. Do księgi dociera jednak tylko prostaczek, który okazuje się analfabetą, nie ma więc z niej żadnego pożytku. Morał? Istnieje jakaś ostateczna prawda, ale jest ona dla nas nie do zdobycia albo nie do pojęcia. W E.E. z kolei pewna nastolatka zobaczyła ducha. Jak można to wytłumaczyć? W książce znajdziemy różne systemy wyjaśniające, żaden z nich nie jest jednak ostateczny, bardziej przekonujący od innych. W jednej i drugiej książce ten nadrzędny, poznawczy dylemat przyćmiewa swą radość opowiadania historii. Konstrukcja wydaje się jasna i podporządkowana pewnej tezie, której na imię potrzeba sensu i zrozumienia. To jednak nie wszystko, ważniejsze jest czynione tu założenie, że sens może być czymś oddzielnym od życia, że jest rzeczywistość i jej opis. Prawda musi zostać wygłoszona, zapisana, wypowiedziana jakby z zewnątrz. Obydwie wspomniane tu powieści dają wyraz sceptycyzmowi wobec takiego projektu, ale wciąż z nim się zmagają. Nie kwestionują go na poziomie fundamentalnych zasad. Mówiąc, że taka zewnętrzna prawda jest niemożliwa lub niepełna, jednocześnie autorka dążenie do niej tak silnie wbudowuje w konstrukcje swoich utworów, że jakiekolwiek cuda by nam opisywała, wciąż jesteśmy gdzieś na metapoziomie, czytamy- przynajmniej ja je tak czytam- jak metafory nie spełnionych poznawczych aspiracji. Taka lektura zabija przyjemność obcowania ze światem przedstawionym, a same tezy w rodzaju: nigdy nie poznamy ostatecznej prawdy, albo: każdy fakt da się wytłumaczyć na kilka sposobów, powiedzmy sobie uczciwie, nie rzucają na kolana.
Dwie pierwsze powieści Olgi Tokarczuk były inteligentne, dobrze zrobione, opowiadały jakieś historie, które dziś zatarły mi się już nieco w pamięci; bez wątpienia wypadały całkiem nieźle na tle polskiej produkcji literackiej. Nawet gdyby mniej więcej tak miała wyglądać dalsza twórczość tej autorki, to mogłaby pisać powieść za powieścią, zaklepując sobie trwałe miejsce w literaturze polskiej. Po nich nastąpił jednak Prawiek. Tym razem książka naprawdę olśniewająca, wieloznaczna, nie rzucająca jednej, dającej się krótko i ogólnikowo wyrazić interpretacji. W Prawieku Tokarczuk nareszcie przekroczyła obcy chyba jej wrażliwość i dualizm i w mitycznej przestrzeni stopiła w jedno materię i ducha, świadomość i podświadomość. Każdy z bohaterów tej powieści ma swój czas, a właściwie czasoprzestrzeń, miejsce do zagospodarowania. Mieści się tu i subiektywne przeżywanie świata, dla każdego inne i niepowtarzalne, i pole do działań zmieniających rzeczywistość, rzeczywistość wreszcie- czas właśnie, ale nie ten, który jest nam dany i przez nas używany, tylko ten, który jest nam dany i przez nas używany, tylko ten, który nas konsumuje, czyniąc częścią kosmicznego porządku.
Z niektórych wypowiedzi autorki można było wywnioskować, że pisząc Prawiek, starała się w symboliczny sposób odtworzyć swoje własne korzenie, że jest to jej prywatny „mit założycielski”. Historia, którą można opowiadać po wielokroć- bardziej albo inaczej prawdziwa od wszelkich biograficznych wspomnień, nieodmiennie skazanych na stylizację i zakłamanie, a najczęściej też na sentymentalizm i nostalgię. Ufundowany na takim micie świat, świat Olgi, siłą rzeczy musi być do niego podobny. Po czasie Prawieku nadeszła więc pora na teraźniejszość i powrót do siebie- na czas Olgi. Nazywana „zdolną fabularyzatorką” i chwalona za wymyślanie i opisywanie, Tokarczuk tym razem całkiem już otwarcie napisała książkę o sobie. Zresztą to nic nadzwyczajnego, nadzwyczajnego końcu każdy, kto bierze się za literaturę, daje świadectwo tego, kim jest. Każde „ja” jest pełne świata- tego, który widzimy, badamy, przeczuwamy, ale także tego, który śnimy. Każde „ja” jest też zakorzenione- w domu, znajomej okolicy, tradycji. Chociaż tutaj mogą pojawić się wątpliwości: a może jednak, jak chcą prorocy postmodernizmu, jesteśmy nomadami wędrującymi poprzez wielki supermarket współczesnego świata? Nie mamy żadnej osobowości, bywamy tym albo owym, w zależności od tego, co nam się akurat przydarza. Nie jest to jednak przypadek „czasu Olgi”. Mimo całej swojej różnorodności jest on jednością przesiąkniętą sensem. Dopuszczony do niego czytelnik doznaje uspokojenia, odnajduje bezpieczeństwo, które nie wynika jednak z bezrefleksyjnego zanurzenia się w tradycji czy wspomnieniach. wspomnieniach sposobie pisania Olgi Tokarczuk, w Prawieku zaś szczególnie, jest pewien rys tradycjonalizmu, nie ma jednak podstawowego dla myślenia konserwatywnego założenia o jednym uniwersalnym porządku, w którym wszyscy uczestniczymy. Tokarczuk, nawet jeśli poszukuje jakiegoś uniwersalnego znaczenia, to tylko w ramach osobistego światodoświadczenia. W rozmowie ze Stanisławem Beresiem (DYKCJE, nr 9-10, 1998) mówi coś, co jest właściwie przeciwne wszelkiemu pisarstwu: …światy, które widzimy, stykają się tylko ze sobą, lecz nie są przekładalne jeden na drugi. (…) Możemy gadać ze sobą i gadać, a tak naprawdę nigdy się nie porozumiemy, bo doświadczenie ludzkie jest nieprzekazywalne. Możliwe, że jedynym lekarstwem na to jest rezygnacja z prób porozumiewania się na poziomie abstrakcji i racjonalnego dyskursu i odwołanie się do intuicji, uczuć, archetypów. Nikną wtedy problemy z komunikacją, precyzyjnym przekazywaniem sensów, pozostaje zaś obrazowe przedstawienie, dające możliwość współprzeczuwania. I taką właśnie książką jest Dom dzienny, dom nocny- czas Olgi.
Nie ma co bawić się w wykręty, że oto mamy tu do czynienia z pierwszoosobową narracją. Wiemy przecież dobrze, że jest to sama autorka, we własnym domu na wsi pod Wałbrzychem, a tajemniczy R. to jej mąż. Ale to tylko, a może aż, korzeń, z którego rozkwita reszta wspaniałych opowieści. I tak na przykład wyprawa do stolarza w Wambierzycach prowadzi do bazyliki i okalającej ją Drogi Krzyżowej, gdzie Olga odnajduje rzeźbę ukrzyżowanej kobiety, świętej Kummernis. Dalej zaś znajdujemy apokryf- życiorys świętej, która jak widać, nie dawała autorce spokoju, dopóki jej losy nie zostały uporządkowane. Wyobraźnia jednak biegnie dalej- skoro jest apokryficzny życiorys, musi istnieć też jego autor, i tu spotykamy mnich Paschalisa, bohatera chyba najpiękniejszej historii powieści. Z kolei brodata święta i mnich, który w głębi serca czuł się kobietą, tworząc wątek „płciowy”, rozwijany też przy innych okazjach, jednak w sposób niedeklaratywny i wieloznaczny. Podobnie wątek niemiecki w naturalny sposób wyrasta z poniemieckiego domu, w którym zakorzeniony jest czas Olgi. Dom ten nie jest żadną mistyczną samotnią, odwiedzany przez gości, jest również w sposób jak najbardziej nowoczesny połączony ze światem internetowym łączem. Internet jest wykorzystywany przez autorkę jednak nie po to, żeby wiedzieć, co się dzieje na zewnątrz lub w cyberprzestrzeni, lecz dla badania snów ludzi na całym świecie. Tak więc nie wspólna rzeczywistość, ale wspólna podświadomość włącza nurt opowieści Olgi w szerszy porządek.
Innym wiązaniem z czymś ostatecznym i ponadjednostkowym jest kluczowa dla całej książki postać Marty. Towarzysząca właściwie przez cały czas Oldze Marta jest zapewne jej alter ego. Marta to stara, mądra- mądrością rośliny albo kamienia- kobieta uosabiająca cykle przyrody. Wieczne Teraz, a może także zapomnianą wiedzę Prawieku. Wszystko to razem- mąż, suki, dom, Internet, podświadomość indywidualna (sny autorki) i zbiorowa (sny innych ludzi, Marta) składa się na czas Olgi- czas, czyli wieczne zwarcie porządku z chaosem, którego istotą jest umieranie. Życie to nieustanne umieranie, ale gdyby umieranie było do końca złe, jak twierdzi Marta, ludzie przestaliby to robić. Myślę, że w swojej ostatecznej, mitologicznej i psychologicznej wymowie, opowieść Olgi jest opowieścią uzdrawiającą, pozwalającą nam na uporanie się, przynajmniej w czasie lektury, z najbardziej podstawowym problemem egzystencjalnym, jakim jest lęk przed śmiercią.
Wydaje się, że w Domu dziennym…Olga Tokarczuk odnalazła swój własny głos, osiągnęła pełnię artystycznego wyrazu. Gdyby tak było, w przyszłości moglibyśmy oczekiwać następnych podobnych książek. Nie miałabym nic przeciwko temu, jestem jednak pewna, że kolejna powieść będzie inna, choć prawdę mówiąc, zupełnie nie mogę sobie wyobrazić, czym znowu nas zaskoczy. Będę na nią czekać z niecierpliwością.
Kurier Czytelniczy nr 50, styczeń 1999